- Tak?

- Dobrze się czujesz? - zatroskał się Rick. - Jakoś blado wyglądasz.
- Dobrze.
Rucastle również był dla niej dobry na swój rubaszny, hałaśliwy sposób i ogólnie biorąc, stanowili szczęśliwe stadło małżeńskie. A jednak ta kobieta miała jakieś ukryte zmartwienie. Nieraz bywała głęboko pogrążona w myślach, a na twarzy miała wyraz smutku. Niejednokrotnie zastawałam ją we łzach. Nieraz myślałam, że to skłonności jej dziecka tak ją przygnębiały, albowiem nie widziałam nigdy stworzenia tak rozpuszczonego i o równie złośliwym usposobieniu. Jest niski na swój wiek, o nieproporcjonalnie wielkiej głowie. Całe jego życie upływa, jak mi się wydaje, na dzikich wybuchach złości na przemian z ponurymi okresami dąsów. Jedyną jego rozrywką jest dręczenie wszystkich stworzeń słabszych od niego. Wykazuje nieprzeciętne zdolności i pomysłowość przy chwytaniu myszy, małych ptaszków i owadów. Wolę już więcej nie mówić o tej kreaturze; panie Holmes, tym bardziej że niewiele ma wspólnego z moją opowieścią.
- Robercie, to moja ciotka Fiona Delacroix, jej córka Rose i ich dama do towarzystwa,
Zafrasowana, przygryzła wargę. Wcale się jej nie podobało, że tak właśnie czuje. Było jej głupio, że czeka, kiedy Gloria i Santos zerwą ze sobą. Martwiła ją własna nielojalność, ale też wiedziała, że nigdy nie zrobiłaby świństwa przyjaciółce. Nie. Nie potrafiłaby zdradzić, zawieść, oszukać. Nigdy.
- Lucienie.
Delacroix, panno Delacroix, proszę mi wybaczyć.
Zrobiła taką minę, jakby zdzielił ją w twarz, ale zaraz hardo zadarła brodę.
- Cześć, Sugar. Idę do Central Grocery odebrać sandwicze, potem do domu. Mama czeka. - Jeszcze pół roku wcześniej Sugar tańczyła w klubie z matką Santosa. Musiała zacząć zarabiać na ulicy, kiedy odszedł jej chłopak, zostawiając ją samą z trójką dzieci.
zobaczył dokładnie to, czego potrzebował. Właśnie zamy-
- Najlepszą zemstą byłoby uszycie sukni według jej wskazówek - odszepnęła
nich nie żyje!
I za swoją lekkomyślność zapłaciła straszną cenę.
- Nie mogę ci dać niczego nadzwyczajnego.

- Jeśli się nie mylę, panie Latham, matka Sheili

- To już koniec?
- Nie - odrzekł szybko. Za szybko. Choć sam nie chciał się do tego przyznać, czuł, że Liz ma rację. I że naprawdę ma powody do zazdrości.
i potłuczone. Jednego z ramion nie dawało się już wciąg-

upokorzenie.

Niemal wypowiedziała to imię na głos. Może
- O? - Posłała mu zachęcające spojrzenie.
- Bryan McAllistair. Czy mógłbym z pani synem porozmawiać przez

- No to jesteśmy umówieni. Do zobaczenia o dziewiątej, Liz.

polo też wyglądała na czystą, a nawet uprasowaną.
- Cześć, Kelsey.
- Na początek, co się wydarzyło w St. Augustine.